Zacznę od tego, że jestem mamą samotnie wychowującą córkę. Mam trzydzieści osiem lat, pracuję jako pomoc administracyjna w małej szkole, a wieczorami dorabiam pisząc proste teksty na strony internetowe. Nie zarabiam dużo. Ale jakoś to leci. Córka, Zosia, ma jedenaście lat i właśnie weszła w etap, w którym wszystko jest „nie tak”. Kolczyki nie takie, plecak nie ten, a ja jestem „najgorszą matką na świecie”. Norma, mówi moja mama. Ja tylko czasem chciałabym usiąść i nie myśleć przez godzinę o rachunkach.
No i trafił się ten czwartek.
Zosia poszła na noc do koleżanki. Ja zostałam sama w mieszkaniu. Okazja, żeby w końcu spokojnie obejrzeć jakiś film, napić się wina i nie słyszeć po raz setny o tym, że ktoś w klasie ma lepszy telefon. Kupiłam sobie ciastka maślane, otworzyłam laptopa i zaczęłam szukać czegoś lekkiego do obejrzenia. Ale Netflix wyświetlił mi tylko rzeczy, które już widziałam razem z Zosią. Nie chciałam ich oglądać bez niej. Jakoś tak smutno.
Przewijałam dalej. Instagram, Facebook, grupy osiedlowe. Nuda. I wtedy na jednej grupie dla samotnych rodziców ktoś wkleił post: „Dziewczyny, polecam na wieczór, ja wczoraj dzięki kodowi wygrałam 300 zł”. Myślałam, że to jakieś głupoty. Ale pod spodem było mnóstwo komentarzy – ludzie pisali, że to działa, że warto spróbować, że nie trzeba wpłacać własnych pieniędzy. Jeden z nich wspominał coś o kodzie promocyjnym, który daje darmowe środki na start. Zaintrygowało mnie to. Nie miałam nic do stracenia, tylko nudny wieczór i paczka ciastek, które zaraz pewnie zjem wszystkie naraz.
Wpisałam w wyszukiwarkę nazwę, którą podała ta dziewczyna. Trafiłam na stronę. Była elegancka, spokojna – nic z tych krzykliwych reklam, które widuję w telewizji. Od razu rzuciło mi się w oczy pole na kod promocyjny. Przewinęłam do posta na grupie – ktoś go tam podał. Skopiowałam, wkleiłam. I zobaczyłam, że na moim nowym koncie pojawiły się darmowe środki. Żadnego depozytu. Żadnej karty kredytowej. To był mój pierwszy kontakt z
vavada promo code i choć nie wiedziałam jeszcze, co to dokładnie znaczy, poczułam, że może to być coś fajnego.
Zaczęłam grać. Wybrałam prostą grę – taką z klejnotami i skrzyniami skarbów. Nie rozumiałam połowy zasad, ale to nie przeszkadzało. Kliknęłam i patrzyłam, jak symbole układają się w linie. W pierwszej godzinie przegrałam jakieś 20 złotych z tych darmowych środków. Potem wygrałam 50. Potem znowu straciłam. Było jak na huśtawce. Ale w przeciwieństwie do życia, tutaj nie bałam się, że spadnę, bo stawka była zerowa – grałam za to, co dostałam za darmo.
Gdy ciastka się kończyły, a ja powoli myślałam o spaniu, coś się zmieniło. Wybrałam inną grę – taką z egipskimi motywami, piramidy, skarby faraonów. Nie wiem, dlaczego akurat tę. Może podobały mi się kolory. Postawiłam niską stawkę, dla zabawy. I nagle ekran rozbłysnął. Zaczęły spadać złote monety, pojawił się dźwięk, który sprawił, że podskoczyłam na kanapie. Licznik pokazał 2 200 złotych.
Zamarłam. Przetarłam oczy. Sprawdziłam jeszcze raz. Tak, 2 200. Siedziałam sama, z okruszkami ciastek na bluzie, i czułam się jakbym dostała prezent od losu. To były tak naprawdę moje pierwsze poważne pieniądze wygrane w ten sposób. I choć nie byłam pewna, czy to na pewno realne, zrobiłam to, co przyszło mi do głowy jako pierwsze – kliknęłam „wypłata”. Nie chciałam ryzykować. Nie chciałam grać dalej. Chciałam tylko zobaczyć, czy to prawda.
Następnego dnia rano sprawdziłam konto. Pieniądze były. Dwa tysiące dwieście złotych. Do tej pory, jak o tym myślę, mam ciary.
Zosia wróciła od koleżanki w sobotę po południu. W progu zapytała, czy kupię jej nowe buty do szkoły – stare już jej się znudziły, a podobno wszystkie koleżanki mają białe trampki z jakąś naszywką. Normalnie powiedziałabym, że musimy poczekać do następnej wypłaty. Ale tym razem uśmiechnęłam się i powiedziałam: „Idziemy jutro do galerii, wybierzemy coś fajnego”. Spojrzała na mnie jak na obcą osobę. „Mamo, żartujesz?”. „Nie żartuję. I możesz wziąć też te spodnie, które ci się podobały w zeszłym tygodniu”. Jej mina była bezcenna. Przytuliła mnie tak mocno, że prawie przewróciłam się na korytarzu.
Za buty i spodnie zapłaciłam 380 złotych. Resztę – prawie 1800 złotych – przeznaczyłam na spłatę małego długu u koleżanki z pracy, która pożyczyła mi na wizytę u dentysty, i na nowy garnek, bo stary już się odklejał. Nic spektakularnego. Ale dla mnie to było jak wygrana w totka. Bo nagle przestałam się martwić o to, że do końca miesiąca zabraknie mi na jedzenie.
Dziś nie gram często. Może raz na dwa, trzy tygodnie. Zawsze szukam jakiegoś vavada promo code przed rozpoczęciem, bo wiem, że to daje mi dodatkową szansę bez ryzyka. Wpłacam najwyżej 50 złotych własnych pieniędzy, grając tylko wtedy, gdy mam na to ochotę, a nie przymus. I zawsze, ale to zawsze, wypłacam wygraną od razu – nawet jeśli to tylko 50 złotych. Bo nauczyłam się, że pieniądze na koncie są bezpieczniejsze niż te w grze.
Czy to była magia? Nie. To był przypadek, dobra promocja i odrobina odwagi, żeby spróbować czegoś nowego w wieczór, gdy byłam zmęczona samotnością i ciastkami. Nie zmieniło to mojego życia w sposób wielki. Ale poprawiło miesiąc. Dało mi oddech. A czasem – zwłaszcza gdy jesteś samotną matką – oddech jest wart więcej niż wszystkie wygrane świata.
Zosia dalej narzeka na swoje buty po tygodniu. Ale to już jej sprawa. Ja wiem, że dałam radę. I to uczucie zostaje ze mną do dziś.